Co nowego na BWL:
-
Odwiedź nasz [kanał IRC]! Dostępny jest poprzez WWW lub przy użyciu standardowego oprogramowania.
| Zero i jeden |
| Wpisał BlackSnow | |
| Czwartek, 04. Październik 2007 12:48 | |
|
Dziwne. Dziwne jak wiele mogło się zmienić przez te kilka miesięcy. Zmieniłem się przede wszystkim ja. Nie patrzę już na świat tak jak dawniej, nie potrafię się już nim cieszyć. Można więc powiedzieć, że zmienił się cały świat. Kiedy stoję na dachu w kolejną pochmurną noc i spoglądam w dół, stwierdzam, że nie widzę ludzi, widzę zera i jedynki. Nie dzielę ich na czarnych i białych, dobrych i złych, katolików i muzułmanów. O nie, ja dzielę ich na tych, którzy mogą na coś mi się przydać - jedynki, i pozostałych - zera. Gdy się tak nad tym zastanowić to całkiem logiczne. Korzyść i brak korzyści. Jeden i zero. Dziś rano znów mnie wołał. Jakby miał nadzieję, że będę chciał się pobawić. Bałem się, naprawdę się bałem że mu ulegnę, ale na szczęście zbyt byłem wycieńczony kolejną nieprzespaną nocą. Popiłem piguły wodą z czajnika i odpłynąłem w podróż po oceanie mojej podświadomości. Mojej chorej podświadomości. Jakie to szczęście, że nie pamiętam snów. Gdy wstałem wciąż tam był, czekał cierpliwie aż dojdę do siebie, po czym zaczął mnie przyzywać. Na co ja liczę? Na to, że któregoś dnia wreszcie zniknie? Źe odpowie na moje ciche, nieśmiałe prośby i wyniesie się z mojego życia? Na to już chyba za późno, staliśmy się prawie nierozłączną parą. Ja i on. Zero i jeden. Do wieczora byliśmy razem. Z radością odbierał i z prędkością światła wykonywał moje polecenia. A ja z nie mniejszą radością wykonywałem jego wolę i wydawałem mu polecenia. I tak trwaliśmy, aż moja radość powoli przeszła w przerażenie. Och nie. To stało się znowu. Minął kolejny dzień, a ja zmarnowałem go w jego towarzystwie. Czuję głód. Straszliwy głód, palącą potrzebę zobaczenia innego człowieka. Pragnę obżerać się normalnością innych, chociaż wiem, że będzie się to wiązało z bólem. Uwielbiam zadawać sobie ten ból, wmawiam sobie, że w ten sposób odpokutowuję kolejny zmarnowany dzień. Pochłaniam łapczywie innych ludzi, wysysam ich normalność, ciągle mając świadomość, że tej ich normalności nigdy nie posiądę, że ja, nienormalny świr, jestem w porównaniu z nimi wybrakowany. Normalność i jej brak. Jeden i zero. Powodowany tym głodem rozpoczynam powoli walkę. Mam nadzieję, że jeśli tą codzienną batalię zacznę od małego powstania, to on nie zauważy. Źe tego szczególnego wieczora zostawię go wreszcie raz na zawsze i nigdy nie wrócę. Ale on zauważył. Zawsze zauważa. Szamotałem się dziko i zawzięcie, tak, że aż wszystko we mnie się gotowało. I znów po raz niewiadomo który odniosłem swoje małe, cowieczorne zwycięstwo. Wygrałem. Za każdym razem wygrywam. A może to on mi pozwala wygrać? Dla zabawy szarpie się ze mną doprowadzając mnie do skrajnego wycieńczenia, samemu nawet nie napinając mięśni, a potem puszcza mnie bym się zamęczał widokiem innych. Popycha mnie wręcz. Idź mówi biegnij, wmawiaj sobie, że uciekasz. Jutro i tak wrócisz.. A ja zawsze mu szeptem odkrzykuję, że nie tym razem, że wreszcie wszystko pojąłem i jestem wolny. I za każdym razem wracam. Całkowicie nade mną panuje choć nie zawsze tak było. Jak przez mgłę pamiętam czasy, kiedy to ja byłem panującym, ja go kontrolowałem. Ale te czasy odeszły. Teraz on kontroluje mnie. Gdy się tak nad tym zastanowić to całkiem logiczne i sensowne. Kontrola zmieniła właściciela, przeszła z moich rąk do jego. Ja znów jestem o coś uboższy, ale w naszym wewnętrznym bilansie kontroli została zachowana równowaga. Ciągle figurujemy tu tylko ja i on. Zero i jeden. Wygrana. W pierwszym szoku odskakuje od niego jak oparzony. Chcę się znaleźć jak najdalej. Ale potem przypominam sobie, że muszę wziąć płaszcz. Noce są zimne. Orzeźwiająco, cucąco, trzeźwiąco zimne. Ale też zamarzająco zimne. Więc skradam się powoli w stronę krzesła, przez które przewiesiłem płaszcz, ciągle podnosząc się szeptem na duchu, argumentując sobie konieczność zdobycia płaszcza, ale cały czas mam go na oku, gotów do natychmiastowej ucieczki na jego najdrobniejsze drgnięcie. Zawadzam nogą o butelkę coli i puste pudełko po pizzy. Mogę mieć tylko nadzieję, że podgrzałem tą pizzę w mikrofalówce, zanim ją zjadłem. A może tam wcale nie ma pudełka po pizzy? Może wcale nie było żadnej pizzy? Może tylko marzyłem o pizzy, a on wykorzystuje to teraz przeciwko mnie i wmawia moim nerwom, że moje nogi zawadziły to cholerne pudełko? Nie mam odwagi zniżyć wzroku, żeby sprawdzić. Czy ja w ogóle mam mikrofalówkę? Jaki ja jestem popaprany. Upaprałem się brodząc po ciemku w piwnicy domu mojego umysłu, a on widząc tę moją nieczystość dodaje kolejny punkt na liście moich wad. Popapranie i jego brak. ť Jeden i zero. W końcu palcami znajduję płaszcz. Chwytam go i wybiegam z domu po drodze wciągając go na siebie. Och, jakże wspaniałe jest zewnętrze. Jakże tu ciekawie i kolorowo, ilu tu ludzi, ile zwierząt. No i jego tu nie ma. Tu mnie nie może prześladować, tu zakres jego władzy się kończy. Będąc moim panem, sam jest więźniem tamtego pomieszczenia. Zaciągam się głęboko każdym haustem powietrza a potem z lubością wydycham. Ten, kto dał nam możliwość oddychania musiał być geniuszem. Idę więc prosto przed siebie opatulony w ciepły płaszcz. Przechodnie mijają mnie w pośpiechu. Pędzą do swoich domów złaknieni ciepła, miłości i telewizji. Jest już ciemno a oni zasłużyli na wszystko, czego tylko sobie zażyczą, bo cały dzień pracowali. Przyglądam im się w niemym zachwycie. O ileż lepsi są ode mnie. Pod przystankiem spotykam innego świra. Nie rozmawiamy ze sobą, nie mamy o czym. Wszystko co mamy sobie do powiedzenie odczytujemy z własnych twarzy, coraz bardziej zapadniętych, coraz mniej ludzkich. Przez chwilę wspólnie inhalujemy człowieczeństwo innych. Boimy się ich całych wyssać, nie chcemy ich skrzywdzić, więc miotamy się z miejsca na miejsce zabierając każdemu po trochę. Jesteśmy potworni w tym naszym tańcu. Inni odsuwają się od nas bo widzą w nas świrów. Gdy kończymy, oblizujemy usta i wycieramy je rękawami. Czas coś zjeść. Przetrząsam kieszenie. Są. To bardzo miło z ich strony. Z pieniędzmi jest tak samo, jak ze wszystkim innym. Może ich nie być i mogą też być. Zero i jeden. Wychodzę ze sklepu uzbrojony w dwie paczki chrupek i butelkę coli. Idę na dach. Chcę być wysoko, jak najwyżej, jak najbliżej ideału nieba. Tym bardziej wielbię piękno i doskonałość im bardziej zamieniam się w świra. Przykucnąłem wsparty o antenę. Katuję się widokiem pięknej dziewczyny i energicznie chrupię, by udowodnić sam sobie, ze mam zęby. Dziewczyna znikła z widoku, pewnie śpieszyła się na dyskotekę, zostawiając mnie znów sam na sam z moimi myślami. Binarne. To wszystko jest binarne. Cały świat zbudowany jest z par elementów przeciwstawnych. Gdy się tak nad tym zastanowić to całkiem logiczne, sensowne i łatwe w implementacji. Przykłady? Źycie i śmierć. Zdrowie i choroba. Mężczyzna i kobieta. Pokój i wojna. Bieda i bogactwo. Sytość i głód. Jeden i zero. Czasem zastanawiam się czy to ja obudziłem w nim człowieka, czy to on, komputer obudził we mnie maszynę. Z jego posiadacza bezdusznej maszyny, zmieniłem się w jej więźnia. Komputer usidlił mnie, codziennie mnie dusząc i trując. Przesłonił mi oczy rzędami uporządkowanych cyferek. Powoli odpływam. Już nie widzę procedur, zmiennych czy bohaterów gier, wplecionych w rzeczywistość, ja widzę je zamiast rzeczywistości. Jestem informatycznym ćpunem w świecie, w którym nie ma dla mnie miejsca. W świecie w którym rozumieją mnie tylko mi podobni. No i on. On jest moim dilerem, którego mam zawsze na wyciągnięcie ręki. Nie muszę się kłuć, zakraplać, przełykać. Wystarczy wcisnąć power. Jest mi z tym źle. Naprawdę źle. Pragnę powrotu do normalności ponad wszystko inne. Ale to wymaga działań. I to radykalnych działań. Wymaga życia za dnia. Źycia z dala od niego. Źycia bez niego. Na samą myśl świr we mnie się buntuje. Szepcze wprost do mojego mózgu, że nie mam najmniejszych szans, że jest mi źle i muszę znaleźć coś, co pozwoli mi na chwilkę, na jeden dzień o tym wszystkim zapomnieć, muszę się dorwać do komputera, muszę odpowiedzieć na zew. NIE! Nie muszę! Nie wolno mi! W rozpaczliwym potoku myśli po raz kolejny uświadamiam sobie swą straszliwą, przerażającą niemoc. Niemoc wyrwania się z tego błędnego koła. A może? W nagłym przypływie człowieczeństwa odrzucam na wpół opróżnioną paczkę, odbiegam kilka kroków od krawędzi. No dobra. To ta chwila, to ten cud. Mój ratunek. Pewny i niezmienny, jak sama śmierć. Koniec łudzenia się nadziejami na życie bez komputera. Dla mnie nie ma takiego życia. Jeśli więc nie może być życia... Modląc się, by wystarczyło mi sił, rozpędzam się, dawno nie trenowane mięśnie nóg protestują, ale widząc w moim wybawieniu swoje, wkrótce przestają mi przeszkadzać i wraz z całym moim ciałem w napięciu oczekują na ten jeden jedyny krok. Ten krok decydujący. Ten, po którym już nie będzie odwrotu. Wybijam się. Pęd powietrza rozgania łzy z moich policzków. Skąd one się tam wzięły? Teraz ten dupek już mnie nie zatrzyma. Koniec z życiem maszyny do obsługi komputera. Koniec z upokorzeniem. Skoro nie mogłem żyć jak człowiek, to chociaż tak umrę. Tysiące myśli rodzi się w mojej głowie a dobroduszny wiatr przegania je wszystkie. Ziemia jest coraz bliżej, bliżej, bliżej i bliżej.... Zero. BlackSnow
|







